Nie lubisz marketingu? Być może nie lubisz tylko jego jednej, złej wersji.
„Nie lubię marketingu” – to zdanie słyszę bardzo często, zwłaszcza od psychologów, psychoterapeutów, coachów i osób pracujących z ludźmi. Kiedy pytam, co dokładnie mają na myśli, najczęściej okazuje się, że marketing kojarzy im się z nachalnym nawoływaniem, presją, sztucznym call to action i sprzedażą za wszelką cenę.
To bardzo spłaszczone rozumienie marketingu.
Sama również nie lubię takiego sposobu komunikacji. Nie wierzę, że wyskakiwanie ludziom „z lodówki”, krzykliwe hasła i nieustanne ponaglanie budują trwałe relacje. W branży psychologicznej, terapeutycznej czy rozwojowej najważniejszym fundamentem jest zaufanie. Ludzie powierzają nam swoje emocje, doświadczenia i często bardzo trudne historie. Takiej relacji nie buduje się agresywną sprzedażą, lecz obecnością, wiedzą, autentycznością i konsekwencją.
Jednocześnie warto pamiętać o drugiej stronie tego procesu. Jeśli publikujesz wartościowe treści, ale nigdy nie mówisz, w jaki sposób można z Tobą pracować, komu pomagasz i z czym można się do Ciebie zgłosić, odbiorcy często po prostu nie wiedzą, jaki powinien być ich kolejny krok. Mogą czytać Twoje posty, cenić Cię, polecać innym, a mimo to nigdy nie zostać Twoimi klientami, ponieważ nie otrzymali jasnej informacji, że mogą skorzystać z Twojego wsparcia.
Wiem, że samo słowo „sprzedaż” budzi w wielu osobach dyskomfort, szczególnie w zawodach pomocowych. Jednak jeśli oferujemy płatne usługi, to niezależnie od tego, jakich użyjemy słów, jest to element sprzedaży. Nie ma w tym nic niewłaściwego, o ile odbywa się z szacunkiem, uczciwością i troską o drugiego człowieka.
Marketing nie musi oznaczać wywierania presji. Może być po prostu jasnym komunikowaniem: kim jesteś, w czym pomagasz i w jaki sposób można rozpocząć z Tobą współpracę. Czasami właśnie tego jednego zdania najbardziej potrzebuje osoba, która od tygodni czy miesięcy zastanawia się, czy zrobić pierwszy krok.
