Zawody pomocowe często uczą pomagania innym, ale nie chronienia siebie…
Bardzo często dzieje się tak, że mimo lat studiów, szkoleń, specjalizacji i ogromu włożonej pracy, wynik finansowy nie jest współmierny do kompetencji ani wysiłku.
Dotyczy to szczególnie zawodów pomocowych, gdzie za wiedzą stoją lata nauki, duża inwestycja finansowa, odpowiedzialność za drugiego człowieka oraz ogromne obciążenie emocjonalne. Wtedy wiele osób reaguje tak, że bierze jeszcze więcej zleceń, zgadza się na niższe stawki, pracuje w kilku miejscach naraz, przyjmuje dodatkowe godziny (i to nierzadko za połowę rzeczywistej wartości swojej pracy!). Pojawia się przekonanie, że trzeba robić więcej, szybciej i ciężej, żeby wreszcie zacząć żyć spokojnie.
Niestety, taki model ma wysoką cenę dla układu nerwowego. Organizm zaczyna funkcjonować w przewlekłym napięciu, w stanie ciągłej mobilizacji i wewnętrznego alarmu. Trudniej się regenerować, trudniej odpocząć, trudniej naprawdę odetchnąć. Pojawia się rozdrażnienie, zmęczenie, problemy ze snem, spadek cierpliwości, przeciążenie emocjonalne i poczucie, że nawet kiedy nic się nie dzieje, ciało nadal jest gotowe do walki.
W takim stanie spada również kreatywność i zdolność myślenia strategicznego. Człowiek, zamiast budować długofalowo, coraz częściej tylko gasi pożary. Zamiast rozwijać się z energii, działa z napięcia.
To ma swój koszt. Koszt zdrowia, relacji, jakości pracy, sensu i radości życia. Tymczasem nie zawsze problemem jest brak pracowitości. Czasem problemem jest model, w którym kompetentni ludzie próbują nadrobić niedowartościowanie swojej pracy przeciążeniem własnego układu nerwowego.
