Strategia to nie wszystko. Liczy się człowiek, który ma ją wdrożyć.

Czy wiecie, dlaczego zostałam coachem?
Bo przez lata tworzyłam strategie dla marek osobistych i firm, które później nigdy nie zostały wdrożone.

Układałam komunikację, kierunek marki, pomysły na treści. Klient wychodził zadowolony, wiedział dokładnie, co robić. A potem mijał miesiąc, drugi, trzeci i nic się nie działo.
Długo mnie to frustrowało. Patrzyłam na to jak strateg: skoro ktoś ma plan i konkretne narzędzia, powinien po prostu zacząć działać.

Tylko że ludzie nie zatrzymują się dlatego, że nie wiedzą, co zrobić. Często wiedzą aż za dobrze.

Nie pokazują się w internecie, bo ekspozycja budzi lęk przed oceną. Nie nagrywają, bo nie potrafią znieść, że na początku nie będą dobrzy. Nie publikują, bo każdy post dotyka ich poczucia własnej wartości. Nie rozwijają firmy, choć mówią, że tego chcą, bo rozwój oznacza większą odpowiedzialność i zmianę całego dotychczasowego życia.

Wtedy zrozumiałam, że potrzebuję czegoś więcej niż wiedzy o marketingu.
Chciałam wiedzieć, co dzieje się z człowiekiem między słowem „chcę” a pierwszym krokiem. Bo między strategią a działaniem jest cały człowiek: jego historia, lęk, wstyd, perfekcjonizm, potrzeba bezpieczeństwa, czasem głęboka niezgoda na bycie widzianym.
Dziś zupełnie inaczej patrzę na strategie marek osobistych. Nie wierzę już, że wystarczy komuś powiedzieć, co ma robić.

Można zaplanować świetną strategię dla kogoś, kto psychicznie nie jest jeszcze gotowy jej wdrożyć. Można zbudować markę opartą na widoczności, podczas gdy samo pokazanie twarzy jest dla tej osoby ogromnym przekroczeniem granic. A potem miesiącami zastanawiać się, dlaczego klient nic z tym nie robi.

Dlatego coraz częściej pytam nie tylko „jaka strategia zadziała”, ale „czy ten człowiek będzie w stanie ją unieść”. Bo czasem firma nie potrzebuje kolejnego pomysłu na marketing.

Podobne wpisy